|
Wydawnictwa /
Publikacje
Polecamy:
Stefan Stefański - "Kartki z przeszłości Sanoka"
(rozdz. pt. "Sanockie cmentarze")
Edward Zając - "Szkice z dziejów
Sanoka" (rozdz. pt. "Cmentarze
sanockie”)
Paweł Nestorowicz –
„BOŻA
ROLA – Przyczynek do historii
cmentarzy sanockich „
Józef Białynia
Chołodecki - "Cmentarzyska i groby
naszych bohaterów z lat 1794-1864 na
terenie Wschodniej
Małopolski"
Nakładem Polskiego
Towarzystwa Opieki nad Grobami Bohaterów
we Lwowie - Lwów 1928 r.
uwaga!
Książkę tę można przeczytać
za pośrednictwem biblioteki cyfrowej uruchomionej na stronie
internetowej
Miejskiej Biblioteki Publicznej w Sanoku
"Obyczaje w Polsce od średniowiecza do czasów współczesnych" - Praca zbiorowa pod redakcją Andrzeja Chwalby ( rozdziały dot. misterium śmierci) Wyd.Naukowe PWN , W-wa 2005
Rapfowie
Na sanockim cmentarzu przy ul. Matejki znajduje się mogiła, zwieńczona skromnym
obeliskiem, kryjąca doczesne szczątki seniorów rodziny Rapfów - Józefy i
Jerzego. Rodzina ta, mimo że posiadała niemieckie korzenie, bardzo dobrze
zapisała się w dziejach Sanoka i ziemi sanockiej. Przybyła do Sanoka w latach
30. XIX w., kiedy to cesarz austriacki Franciszek I, zgodnie ze swoją polityką
kolonizacyjną, osadził w Galicji kilkaset rodzin niemieckich. Również Sanok
stał się miastem, w którym nowe życie rozpoczęło osiem niemieckich rodzin, a
wśród nich, pochodząca z okolic Wiednia, rodzina doktora Georga (Jerzego)
Rapfa, która otrzymała kamienicę przy sanockim rynku, jak mówi rodzinna
tradycja Rapfów, porośniętym trawą, na której pasły się kozy i buszowały
świnie. Jerzy Rapf pochodził z okolic Wiednia, gdzie jego rodzina posiadała
winnice. Do Sanoka przywiózł swoją żonę Józefę oraz jej dwie siostry - Hannę i
Mitzi Loegler. Jerzy Rapf został wkrótce mianowany lekarzem miejskim, a jego
żona dyrektorką 3-klasowej szkoły żeńskiej, gdzie miała uczyć j. niemieckiego i
robót ręcznych. Dzięki swojej życzliwości i wiedzy dr Rapf w krótkim czasie
zaskarbił sobie szacunek i zaufanie u sanoczan i został nawet burmistrzem. Z
czasem rozrosła się też jego rodzina. Na świat przyszło sześcioro dzieci:
Karol, Jerzy, Józefa (Pepi), Julia, Leontyna i Edmund. Rodzeństwo, wbrew woli
ciotek, szybko uczyło się języka polskiego, co również nie budziło specjalnego
sprzeciwu ich rodziców. Gdy w 1853 r. Sanok odwiedził młody cesarz Franciszek Józef
I, córka dr. Rapfa Józia (Pepcia) powitała go w imieniu sanockich dzieci
bukietem kwiatów i wierszem wygłoszonym w języku niemieckim, a cesarz dziękował
jej matce Józefie, że tak pięknie nauczyła polskie dzieci mówić po niemiecku.
Rapfowie szybko zaprzyjaźnili się też z polskimi rodzinami Bańkowskich z
Płonnej i Wełdyczów z Bełchówki, a z tą pierwszą rodziną nawet się skoligacili.
Natomiast dwór Wełdyczów w Bełchówce był przez długie lata miejscem wakacyjnego
wypoczynku najmłodszego pokolenia Rapfów. Przez krótki okres Rapfowie byli
również właścicielami majątku ziemskiego. Dr Rapf stał się bowiem właścicielem
Lisznej, którą otrzymał w zapisie testamentowym uczynionym, z wdzięczności za
leczenie, przez poprzednie jej właścicielki. Jednak wkrótce Liszna został
sprzedana, bo dr Rapf był przede wszystkim lekarzem i obowiązki nie pozwalały
mu zajmować się gospodarstwem. W 1874 r. Jerzy Rapf przeziębił się podczas
kąpieli w Sanie i już nie wrócił do zdrowia. Zmarł 21 września tego roku w
wieku 78 lat. Jego żona Józefa dożyła 82 lat. Zmarła 8 listopada 1891 r.
Najstarszy syn doktora Karol zginął w czasie wojny austriacko-pruskiej w 1866
r. Jerzy, po ukończeniu politechniki we Lwowie, został inżynierem miejskim w
Czerniowcach. Józefa (Pepi) poślubiła prawnika Konstantego Tomaszczuka - syna
prawosławnego księdza. Julia wyszła za mąż za znacznie starszego od siebie
Joachima Starosolskiego. Ich ślub odbył się w Sanoku u oo. Franciszkanów.
Najmłodsza córka doktora - Leontyna zmieniła stan cywilny w wieku 17 lat. Jej mężem
został wdowiec z trojgiem dzieci Marian Kondratowicz. Z tego związku przyszło
na świat dwoje dzieci: Alfred i Karolina. Karolina wyszła natomiast za mąż za
sędziego Ludwika Rissa (który był synem Macieja Rissa przybyłego do Sanoka
razem z rodziną Rapfów w latach 30. XIX w.), wkrótce jednak owdowiała i wyszła
ponownie za mąż za Włodzimierza Bańkowskiego, również wdowca, dyrektora
sanockiego Gimnazjum. Włodzimierz Bańkowski był synem wspomnianych wyżej
Bańkowskich z Płonnej, a ślub odbył się w 1898 r. Najmłodszy z Rapfów Edmund
gimnazjum nie ukończył - został z niego usunięty tuż przed maturą -
prawdopodobnie z politycznych powodów. Zaczął więc pracować na poczcie w Sanoku
i równocześnie pracował społecznie. Zawarł związek małżeński z Wilhelminą Veithówną.
Owocem tego małżeństwa było troje dzieci: Wilhelm, Stefan i Janina. W 1888 r.
zmarła Wilhelmina Rapf, a wkrótce jej mąż Edmund ożenił się po raz drugi - z
Józefą z Faliszewskich, z którą również miał troje dzieci: Feliksa, Zofię i
Kamilę. Różnie ułożyły się losy szóstki dzieci Edmunda Rapfa. Jeden z jego
synów – Stefan – został wysłany w 1895 r. do realnej szkoły wojskowej w
Koszycach. Po jej ukończeniu dostał się do Akademii Wojskowej w Wiedniu, którą
ukończył w 1905 r. w stopniu podporucznika saperów. Kilka lat później został
mierniczym przysięgłym i w 1911 r. rozpoczął pracę w Sanoku. W 1915 r. jako
oficer austriacki dostał się do niewoli rosyjskiej i w Rosji przeżywał burzliwe
chwile najpierw bolszewickiej rewolucji, a potem wojny domowej. Tam również
zawarł związek małżeński z Marią Starno-Szałas i tam urodziła mu się w 1920 r.
córka Izabela (zmarła w 2010 r.), która później ukończyła studia na krakowskiej
Akademii Sztuk Pięknych. Tak się złożyło, że w 2006 r. właśnie ona podarowała
sanockiemu muzeum swoje obrazy, a przy okazji po raz pierwszy odwiedziła
miasto, z którym, przed przeszło stu siedemdziesięciu laty, związali się jej
przodkowie. Ich grób, dziś już zapomniany, znajduje się jeszcze na sanockim
cmentarzu przy ul. Matejki. Może warto zająć się w przyszłości jego remontem?
Andrzej
Romaniak
 
Mogila
dr. Jerzeg Rapfa i jego żony Jozefy
Dr. Jerzy Rapf - 1868r.
SANOCCY
KAWALEROWIE VIRTUTI MILITARI
Jan Drwięga ps. „Tytus”
(1894-1970)
Jan Drwięga,
syn Józefa i Agaty z d. Szmulik,
urodził się 30 grudnia 1894 r. w Sanoku. Po ukończeniu Szkoły
Wydziałowej
podjął pracę w sklepie swojego ojca Józefa. Po kilku latach
zmienił zajęcie –
pracował na budowach w charakterze pisarza budowlanego.
Równocześnie, od 1912
r., rozpoczął ćwiczenia wojskowe w sanockiej VII Polskiej Drużynie
Strzeleckiej. W końcu 1913 r. wyjechał z Sanoka do Borysławia i
zatrudnił się w
jednej z kopalń ropy naftowej w charakterze praktykanta wiertniczego,
kontynuując szkolenie w tamtejszym Związku Strzeleckim.
Wkrótce po wybuchu
wojny, bo już w sierpniu 1914 r., wypełniając rozkaz mobilizacyjny,
wraz z
innymi strzelcami, wyjechał do Krakowa, gdzie odbywała się koncentracja
strzeleckich oddziałów. W tym czasie rozpoczęło się już
formowanie Legionów
Polskich. Jan Drwięga przysięgę wojskową złożył 4 września 1914 r. i
został
skierowany do 1. kompanii, 1. batalionu, 1. pułku piechoty
Legionów, który
później wszedł w skład I Brygady. Zgodnie ze strzeleckim
zwyczajem przybrał
pseudonim „Tytus”. Wraz z pułkiem brał udział we
wszystkich walkach z
Rosjanami. Chrzest bojowy przeszedł w okolicach Warszawy –
pod Anielinem i
Laskami. Później była bitwa pod Łowczówkiem
(22-26 grudnia 1914) i walki nad
Nidą. Po jej przekroczeniu pułk rozpoczął pościg za Rosjanami. Prawie
przez
cały 1915 r. Jan Drwięga brał udział w bitwach i potyczkach z
Rosjanami: pod
Konarami, Przepiórowem, Kozinkiem, Tarłowem, Jastkowem i
Samoklęskami. Jego
pułk dotarł aż pod Wysokie Litewskie, skąd we wrześniu 1915 r. został
przerzucony na Wołyń. Podczas ciężkiej kampanii wołyńskiej
„Tytus” uczestniczył
m.in. w bitwach pod Kostiuchnówką, Jabłonką, Kuklami (pod tą
miejscowością w
lipcu 1916 r. polegnie inny sanoczanin – Tadeusz Bratro) i
Miedwieżą Wielką.
Zimę 1915/1916 pułk spędził na odpoczynku w Karasinie i w kwietniu 1916
r.
został skierowany nad rzekę Styr. 12 maja 1916 r. w miejscowości Optowa
Jan
Drwięga, jako dowódca straży przedniej swojej kompanii,
podczas zwiadu wziął do
niewoli kilku rosyjskich żołnierz. Za ten czyn został odznaczony
austriackim
srebrnym Medalem za Waleczność. Dwa miesiące później został
ranny w rękę i
odesłany do szpitala. Po wyjściu, jako rekonwalescent, został
skierowany do
Kałuszyna niedaleko Mińska Mazowieckiego, gdzie prowadził biuro
werbunkowe do
Legionów. Po zakończeniu pracy biura wrócił do
pułku i odbył przeszkolenie w
Zambrowie, skąd wyjechał do Przemyśla na urlop. Rok 1917 był rokiem w
którym
armie państw centralnych zaczęły ponosić dotkliwe klęski, a Legiony
coraz
bardziej traciły na znaczeniu, czego kulminacją był tzw. kryzys
przysięgowy. W
lipcu 1917 r. Legiony zostały rozwiązane, a w ich miejsce powołano
Polską Siłę
Zbrojną podległą Niemcom i Polski Korpus Posiłkowy podległy Austriakom.
Jan
Drwięga zgłosił się do tego ostatniego i dostał przydział do artylerii.
Jednak
w lutym 1918 r., w proteście przeciwko podpisaniu pokoju brzeskiego,
część
żołnierzy PKP pod dowództwem Józefa Hallera
przeszła pod Rarańczą na stronę
rosyjską i połączyła się z II Korpusem Polskim w Rosji. Pozostałych
władze
austriackie internowały m.in. w miejscowości Huszt. W obozie tym
znalazł się
również Jan Drwięga. Wkrótce skierowano go na
front włoski, jako artylerzystę.
Tam ciężko zachorował na malarię i w sierpniu znalazł się w szpitalu w
Cieszynie. We wrześniu 1918 r. wyszedł ze szpitala, jednak do wojska
austriackiego już nie wrócił. W początkach listopada 1918 r.
przebywał w
Krakowie, skąd po kilku dniach wyjechał do Sanoka. Tu zgłosił się do
formowanego III Batalionu Strzelców Sanockich i wraz z nim
wyruszył na wojnę
przeciwko Ukraińcom. Z sanockim batalionem przeszedł cały szlak bojowy
– od
Chyrowa aż po Zbrucz. Po zakończeniu walk skierowano go do batalionu
zapasowego
1. pułku piechoty Legionów. W lutym 1921 r. został
zdemobilizowany i powrócił
do Sanoka, a następnie wyjechał do Borysławia, gdzie zatrudnił się w
Towarzystwie Naftowym „Galicja”. 15 kwietnia 1922
r. Jan Drwięga za swoje czyny
bojowe podczas walk w Legionach został odznaczony orderem Virtuti
Militari V
kl. (nr 7200). Przez cały okres międzywojenny
„Tytus” pracował w kopalniach
ropy naftowej, głównie w okolicach Borysławia. We wrześniu
1923 r. zawarł
związek małżeński z Marią Danielczuk. W roku następnym na świat
przyszła córka
Krystyna, a w 1925 r. urodził się syn Tadeusz. Podczas II wojny
światowej Jan
Drwięga w dalszym ciągu pozostawał w Borysławiu, mimo tego że
borysławskie
zagłębie naftowe najpierw znalazło się pod okupacją sowiecką, a
później
niemiecką. Być może to, że był doświadczonym nafciarzem i cennym
pracownikiem,
uchroniło go przed represjami ze strony okupantów. Po
zakończeniu wojny i
zmianie granic powrócił do Sanoka i rozpoczął pracę w swoim
zawodzie. Pracował
m.in. jako kierownik kopalni w Mokrem. Niestety, jego przeszłość nie
spodobała
się „władzy ludowej”. Pod fałszywymi zarzutami
został we wrześniu 1949 r.
aresztowany i 12 maja 1950 r. skazany przez Sąd Apelacyjny w Rzeszowie
za
„przestępstwa urzędnicze” na 5 lat więzienia. Karę
odbywał m.in. w Ośrodku
Pracy w Kamińsku. Po zastosowaniu amnestii i złagodzeniu kary o 1/3
wyszedł na
wolność w marcu 1953 r. Podjął pracę w Przedsiębiorstwie Poszukiwań
Geofizycznych
w Warszawie i pracował tam aż do emerytury. Oprócz Virtuti
Militari był też
odznaczony Krzyżem Niepodległości. Zmarł w Sanoku 11 czerwca 1970 r.
wkrótce po
powrocie z Krakowa, gdzie przy grobie marszałka Józefa
Piłsudskiego spotkał się
z kolegami – legionistami. Spoczywa na Cmentarzu centralnym
przy ul.
Rymanowskiej w Sanoku.
Andrzej
Romaniak
Władysław
Niedźwiecki i Maryanek Truszkowski.
Nasze
Stowarzyszenie postanowiło
odrestaurować w okresie od maja 2011 r. do października 2012 r. dwa
nagrobki o
niezwykłej wartości artystycznej. Są to:
1) nagrobek Władysława
Niedźwieckiego wykonany w 1857 roku w pracowni Leopolda Schimsera we
Lwowie. Jest to najstarszy i
najcenniejszy zachowany pomnik na sanockim cmentarzu.
Jest on wykonany z wapienia. Na nagrobku
widoczna jest
inskrypcja rytowana w kamieniu: „TU SPOCZYWA WŁADYSŁAW
NIEDŻWIECKI ur.(…)
CZERWCA 1848. +
(…) 1857.”
Górną część pomnika stanowi rzeźba
z wapienia przedstawiająca postać siedzącego anioła, tulącego dziecko.
Obiekt ten urzeka prostotą
rzeźbiarskiej kompozycji i wzruszającą ekspresją smutku wyrażoną w
spojrzeniach
zamyślonych postaci dziecka i anioła. Pomnik
ów stanowi wyjątkowy przykład
piękna i estetyki XIX wiecznej rzeźby nagrobnej. A teraz parę
słów o spoczywającym
pod tym nagrobkiem Władysławie Niedźwieckim:
Otóż jak czytamy w księgach
parafialnych w chwili śmierci liczył on sobie 9 lat i ½ roku.
Przyszedł na świat w rodzinie szlacheckiej,
posiadaczy ziemskich. Jego rodzicami byli Sylwia z
Giebułtowskich Niedźwiecka oraz Aleksander
Niedźwiecki syn właściciela Górek.
Dziadkiem Władysława
Niedźwieckiego ze strony matki był Wincenty Giebułtowski –
właściciel
Strachociny. Wujem – brat matki, Florian Giebułtowski
dziedzic
Strachociny, którego bezpośrednio dotknęły wydarzenia roku 1846
czyli słynna "rabacja galicyjska". Planowana początkowo jako
ogólnonarodowe powstanie przeciwko Austrii, przeistoczyła się w
atak na dwory pańskie. To właśnie wtedy splądrowano strachociński
dwór, a jego właściciel - wspomniany Florian Giebułtowski (
ur.1810) musiał salwować się ucieczką, chroniąc się u jednego z
gospodarzy. Zabudowania dworskie przed spaleniem obronili mieszkańcy
wsi. Florian zmarł osiem lat póżniej (1854), w
44 roku życia. Ciotką Władysława była starsza
siostra matki, Sabina z Giebułtowskich Morze. I na koniec: Naszym zdaniem godna
uwagi jest
pewna okoliczność, która wprowadza nieoczekiwanie do grona
postaci o których
wyżej wspominamy Jana Matejkę. Jak wiadomo żona
naszego
wielkiego malarza była de domo Giebułtowska. Wiadomo także, iż młodzi -
Teodora z
Giebułtowskich i Jan Matejkowie zamieszkali po ślubie w jednej z
kamienic
krakowskich należącej do Niedźwieckich. Czy to aby na pewno przypadkowa
zbieżność nazwisk ? Jeśli ktoś z Państwa zna odpowiedź –
prosimy o kontakt.
2) Drugim obiektem który chcemy
poddać konserwacji jest nagrobek Maryana Truszkowskiego 11- sto
letniego
chłopca zmarłego w 1890 roku.
Maryanek był uczniem Gimnazjum Męskiego w Sanoku. Jego ojcem był Józef Truszkowski pełniący funkcję
cesarsko – królewskiego komisarza finansowego, matką zaś Eugenia Truszkowska z
domu Podgórska. Rodzina mieszkała w Sanoku w budynku nr 92 (Śródmieście). Chłopiec uczęszczał
w roku szkolnym 1889/90 do klasy Ia
otrzymując w tzw. klasyfikacji
uczniów „stopień
pierwszy z odznaczeniem”
czyli bardzo dobrze się uczył , był prymusem .Po
wakacjach tj. w roku szkolnym 1890/91 znalazł się w
klasie IIa , ale już nie doczekał drugiego semestru. Zmarł bowiem
jeszcze w październiku 1890 roku. Przyczyną śmierci była ostra choroba wieku
dziecięcego - szkarlatyna (płonica).
W rocznym sprawozdaniu z działalności gimnazjum, w rozdziale
pt. „Kronika Zakładu” dyrektor szkoły Tomasz
Tokarski umieścił nekrolog
następującej treści:
„ ZAKŁAD STRACIŁ PRZEZ ŚMIERĆ CZTERECH
UCZNIÓW:
1) DUBANOWICZA
ALEKSANDRA Z KL.I b
2)
TRUSZKOWSKIEGO MARYANA Z KL.
IIa
3) PIECHA
MIECZYSŁAWA Z KL.III
4 )GOSTWICKIEGO
WŁODZIMIERZA Z KL.IV”
POKÓJ
ICH POPIOŁOM ! !
Nagrobek
jest usytuowany w odległości
kilku metrów od pomnika Niedźwieckiego. Stanowi kolejny
przykład
niezwykle wartościowej rzeżby nagrobnej przedstawiającej postać dziecka
w pozie
siedzącej. W prawej dłoni senne dziecko trzyma wianuszek
róż. We frontalnej części znajduje się
marmurowa płyta z przepięknym epitafium, które ułożyła w
formie wiersza
zrozpaczona rodzina, bolejąca po stracie dziecka:
„
BOŻE DAŁEŚ NAM SYNA
JAK MAŁO NA ŚWIECIE
I WZIĄŁEŚ GO NA POWRÓT
W JEDYNASTYM LECIE.
W ŁZACH TONIE MATKA, OJCIEC
SIOSTRZYCZKA JEDYNA
NIE MA TERAZ BRACISZKA
JUŻ NIE MAMY SYNA!
MANIECZEK NASZ NAJDROŻSZY!
NIM SERC TYLE ŻYŁO!
ŚLICZNE NASZE SŁONECZKO
ZASZŁO POD MOGIŁĄ
PRZED TWÓJ MAJESTAT BOŻY
ZANOSIM BŁAGANIE
DO ANIOŁKÓW MANIUSIA
PRZYJM DO NIEBA PANIE”
Nagrobek
Maryana Truszkowskiego został wykonany z wapienia
przez krakowski warsztat kamieniarski Romana Łapczyńskiego.
Ewa Filip
Źródło:
„Sprawozdanie Dyrektora C.K. Gimnazjum w Sanoku
Za rok szkolny 1891, wyd. nakładem Funduszu Naukowego
Czcionkami Karola Pollaka, 1891
Archiwum Parafii pw Przemienia Pańskiego i Archiwum Państwowego w Sanoku (księgi parafialne)
 
Nagrobek W.Niedźwieckiego
Nagrobek M. Truszkowskiego
W
70. rocznicę zbrodni
katyńskiej
Katyń,
Charków, Twer, Miednoje - symbole sowieckiej
zbrodni na Narodzie Polskim, zbrodni, którą przez
lata kryła zasłona milczenia,
a w najlepszym razie kłamstwa, zbrodni dokonanej z
zimnym wyrachowaniem i ze
złamaniem wszelkich konwencji międzynarodowych. Wszystko
zaczęło się w nocy z
23/24 sierpnia 1939 r. w Moskwie, gdzie przedstawiciele
dwóch totalitarnych
państw - komunistycznego Związku Sowieckiego i
narodowo-socjalistycznych
Niemiec - podpisali dwa układy: jeden jawny, nazwany
„traktatem o nieagresji”,
a drugi „ściśle tajny dodatkowy
protokół”, w którym przewidziano
podział stref
wpływów w wypadku politycznych i terytorialnych zmian na
obszarze Polski oraz
państw bałtyckich. Polska miała być podzielona w przybliżeniu linią
rzek Narwi,
Wisły i Sanu. Układ ten wszedł do historii pod nazwą paktu
Ribbentrop-Mołotow.
Za niecały miesiąc jego sygnatariusze mieli ściśle wypełnić jego
postanowienia. 1 września Niemcy rozpoczęły
wojnę od ataku na
Polskę. Nasza armia mimo przygniatającej przewagi niemieckiej stawiła
zdecydowany opór, który swoją siłą zaskoczył
Niemców. Polacy, cofając się,
toczyli walki i nie było w naszych jednostkach objawów
paniki, a sytuacja na
frontach nie była jeszcze rozstrzygnięta.
Niestety, 17 września 1939 r. wschodnie
granice Rzeczypospolitej
Polskiej przekroczyły jednostki Armii Czerwonej. Dla wszystkich było to
wielkie
zaskoczenie. Marszałek Polski Edward Rydz-Śmigły wydał rozkaz, dla
wielu
niezrozumiały, w którym m.in. napisał: „Z
Sowietami nie walczyć”. Jakże inaczej brzmiał
rozkaz podpisany przez
komisarza kijowskiego okręgu Nikitę S. Chruszczowa, w którym
pisał on: „Zmieść z powierzchni
ziemi wszystkich,
którzy staną na przeszkodzie realizacji tej historycznej
chwili”. A
przeszkodą tą były polskie jednostki wojskowe. W rękach Armii Czerwonej
znalazło się ok. 250 tys. polskich żołnierzy, w tym ok. 15 tys.
polskich
oficerów i podoficerów, 300 oficerów
Policji Państwowej oraz pracownicy
wywiadu, straży więziennej, sądownictwa, urzędnicy, księża. Jak wynika
z
zachowanej korespondencji i dzienników znalezionych w
katyńskich mogiłach,
większość z nich nie zdawała sobie sprawy, że ich los jest już
przesądzony.
Jeńcy polscy zostali rozmieszczeni w trzech dużych obozach: Kozielsku,
Starobielsku i Ostaszkowie. Przebywali w nich krótko, bo już
5 marca 1940 r.
zapadła decyzja o ich rozstrzelaniu - podpisana przez Ludowego
Komisarza Spraw
Wewnętrznych Ławrentija Berię, a zaakceptowana przez Stalina,
Woroszyłowa,
Mołotowa, Mikojana, Kaganowicza i Kalinina. Od początku kwietnia 1940
r.
internowanych zaczęto sukcesywnie wywozić z obozów i
mordować. Na miejsce
likwidacji jeńców z Kozielska wybrano Katyń, gdzie
zamordowano 4421 oficerów,
3820 więźniów Starobielska rozstrzelano pod Charkowem, a
najwięcej - 6311
więźniów z Ostaszkowa - głównie
policjantów, sędziów, prokuratorów i
żołnierzy
KOP-u -zamordowano w Twerze, a ich zwłoki wywieziono do lasu w Miednoje
i tam
zakopano. Wśród zamordowanych
oficerów aż 2/3 stanowili
oficerowie rezerwy, którzy byli elitą intelektualną II
Rzeczypospolitej. Można
śmiało powiedzieć, że w Katyniu, Charkowie i Twerze rozstrzelano
Polskę, bo na
listach ofiar tej zbrodni figurują mieszkańcy większości miast
ówczesnej
Rzeczypospolitej. Łącznie Sowieci rozstrzelali 21 857 osób.
Wśród nich byli też
mieszkańcy Sanoka i Ziemi Sanockiej. W 1943 r. Niemcy odnaleźli masowe
groby w Katyniu i
ujawnili światu straszną prawdę. Wśród 4 421 osób
tam pogrzebanych znaleziono
m.in. ciało sanoczanina, ppor. rez. Zbigniewa Bolesława Przystasza, a w
kieszeni jego munduru wstrząsający dokument - notatnik z zapiskami
prowadzonymi
dzień po dniu. Z nich dowiadujemy się, że wywózka z obozu w
Kozielsku
rozpoczęła się 3 kwietnia. Pod datą 4 kwietnia ppor. zapisał: „[...]. U nas 3 b.m. wywieziono w
nieznanym
kierunku 60 + 13 ze Skitu, wywołując w całym obozie wielkie poruszenie.
Ma to
być początek całej serii, która się skończy około 20 b.m. Wyjazd, kilka
obozów rozdzielczych na
Zachodzie, a stamtąd? Niemcy, państwa neutralne, Rosja. Czekamy na
fasunek
cukru, tytoniu, herbaty”. A więc do końca nic nie
wiedzieli. Ostatnie
notatki ppor. Przystasz sporządził 20 i 21 kwietnia. Pisał w nich 21
kwietnia: „Wyruszam i ja. -
Rewizja. - Podjazd
samochodami do stacji. Wagon więzienny. Wyjazd o g.4 (16). Smoleńsk
jesteśmy”. 21
kwietnia: „o g. 8 rano-”
Potem był, dzisiaj już to wiemy, strzał w tył głowy
i głęboki katyński dół. Takich dołów było wiele i
wiele
do dziś nie zostało
odkrytych. Los ppor. Przystasza podzieliło jeszcze, według wyliczeń
Andrzeja
Brygidyna, 68 mieszkańców Sanoka i Ziemi Sanockiej. Wymieńmy
ich
nazwiska:
Jerzy Albert, Julian Bakoń, Zygmunt A. Bezucha, Wojciech Bucior,
Stanisław
Chorążek, Jan Dankiewicz, Józef Dąbrowski, Jan Dulęba,
Antoni
Dziuban,
Włodzimierz Dżugan, Szymon Fedorońko, Tadeusz Florczak, Władysław
Godula,
Włodzimierz Godłowski, Stanisław Halarewicz, Stefan Halski,
Józef Hykalik,
Stanisław Hroboni, Bronisław Jahn, Jan Kosina, Stanisław Kowalik, Jan
Krawiec,
Józef Kucharski, Feliks Kulig, Jan Kuźniar, Wincenty
Kwiatkowski, Ryszard
Lindscheid, Tadeusz Lubieniecki, Wawrzyniec Łobaczewski, Jan
Marynowski,
Stanisław Matlak, Jan Matuszek, Stanisław Michalski, Tadeusz Michenko,
Tadeusz
Mielecki, Władysław Miller, Leopold Moser, Leon Moszczeński, Stefan
Mozołowski,
Bronisław Najdzicz, Antoni Nazimek, Adam Orlik, Artur Ostapowicz,
Ferdynand
Piwowar, Zygmunt Puchalik, Zdzisław Rajchel, Leopold
Różycki,
Józef Rymarowicz,
Rudolf Ryndak, Jan Sadowski, Marian Serwa, Tomasz Silarski, Jerzy
Skoczyński,
Tadeusz Słotowicz, Aleksander Stefański, Marian Strzelbicki, Stanisław
Styrczula, Franciszek Szafran, Jan Szczurek, Aleksander Ślączka, Jerzy
Tokarzewski, Ludwik Warchoł, Władysław Wilecki, Józef
Winter,
Adolf Wiśniewski,
Mieczysław Wiśniowski, Józef Władyka, Zbigniew Wyskiel,
Jakub
Zaleski. Powyższa lista mogła być dłuższa. Tylko cud sprawił,
że wśród wymienionych nie znalazł się jeszcze jeden
sanoczanin
– ksiądz
Zdzisław Peszkowski - wówczas podchorąży 20. Pułku
Ułanów
i jeniec Kozielska.
Bóg sprawił, że znalazł się w ostatnim transporcie
jeńców, który ocalał. To
właśnie dzięki ks. Peszkowskiemu tyle wiemy o sowieckich zbrodniach i
to
właśnie głównie dzięki niemu prawda o Katyniu została
ujawniona,
a pamięć
zachowana. Żaden ze sprawców mordu katyńskiego nie został do
dziś ukarany i prawdopodobnie już nie zostanie. A nam żyjącym pozostaje
wskazanie ks. Peszkowskiego, który w jednej ze swych
wypowiedzi
stwierdził: ”Prawda musi być
częścią naszego narodowego
jestestwa. Ale powinna iść w parze z przebaczeniem, dopiero wtedy daje
najpiękniejszy kształt człowieka. Musimy przeprosić też ofiary: oni
oddali
życie za naszą wolność, a my nie umiemy bronić pamięci o
nich”.
A więc brońmy tej Pamięci.
Andrzej Romaniak
Tajemnice sanockiego cmentarza – rzeźba sokoła na zbiorowej
mogile
rozstrzelanych Polaków
W nocy z 5/6 lipca 1940 r.
niemieccy okupanci
dokonali jednej z największych zbrodni na terenie ziemi sanockiej
– egzekucji
112 więźniów sanockiego więzienia. Miejscem tej egzekucji
było wzgórze
„Gruszka” koło Tarnawy Górnej, a jej
ofiarami Polacy, którzy zostali ujęci
podczas przedzierania się na Węgry. Przed
egzekucją aresztowanym urządzono w sanockim sądzie
„proces” - wszyscy
aresztowani otrzymali wyroki śmierci. Nocą z 5/6 lipca 113 skazanych
zapakowano
na cztery policyjne samochody ciężarowe i przez Zagórz i
Tarnawę Górną
przewieziono na wzgórze „Gruszka”.
Podczas transportu udało się zbiec jednemu z
aresztowanych. Na „Gruszce” czekał już wykopany,
odpowiedniej wielkości, dół.
Egzekucja zakończyła się nad ranem 6 lipca. Wykonali ją żołnierze z 45
Batalionu
Policyjnego stacjonującego w Rzeszowie. Po zasypaniu mogiły została ona
zamaskowana zwalonymi świerkami. Jednak mimo tego, mieszkańcy Tarnawy
dowiedzieli się co kryje zasypany dół i co wydarzyło się
nocą. Zwłoki zamordowanych
doczekały się ekshumacji i godnego pochówku dopiero w
listopadzie 1947 r. Ich
szczątki przewieziono do Sanoka i pochowano w zbiorowej mogile na
cmentarzu
przy ul. Rymanowskiej. Na mogile ustawiono rzeźbę drapieżnego ptaka z
rozpostartymi skrzydłami. I właśnie ta rzeźba ma swoją interesująca
historię.
Zapewne wielu sanoczan, a także przyjezdnych odwiedzających sanocka
nekropolię,
zastanawia się co robi niemiecka „gapa” na grobie
rozstrzelanych Polaków.
Przypomnijmy, że podczas niemieckiej
okupacji „gapą” nazywano powszechnie nazistowską
wersję herbu III Rzeszy.
Istotnie, na pierwszy rzut oka, sylwetka drapieżnika na sanockim
cmentarzu,
przypomina znienawidzony przez Polaków symbol, jednak nie ma
z nim nic
wspólnego. W rzeczywistości rzeźba ta przedstawia sokoła z
rozpostartymi skrzydłami,
wspierającego się na kamiennej kuli. Jej
autorem był sanocki artysta-rzeźbiarz Stanisław Jan Piątkiewicz - syn
znanego
rzeźbiarza Stanisław Piątkiewicza. Stanisław Piątkiewicz - senior
pozostawił po
sobie wiele prac na terenie Sanoka i okolic. Spod jego dłuta wyszedł
m.in.
pomnik Władysława Jagiełły odsłonięty w 1910 r. w Mrzygłodzie, a
następnie
zniszczony przez Niemców podczas II wojny.
Również on był autorem figury Matki
Bożej, która zdobi fronton naszego kościoła parafialnego pw.
Przemienienia Pańskiego
oraz figury Chrystusa, która stała niegdyś obok wejścia do
kościoła oo.
Franciszkanów. Z jego pracowni wyszła również
rzeźba Atlasa zdobiąca narożnik
kamienicy przy ul. Kazimierza Wielkiego. Jego
syn - Stanisław Jan - kontynuował
rodzinne tradycje. Urodził się 10 października
1897 r. w Rymanowie. Po
ukończeniu szkoły wydziałowej w Sanoku, uczył się zawodu rzeźbiarza w
pracowni
swojego ojca, a później nauką kontynuował w Szkole Zawodowej
Przemysłu
Drzewnego w Zakopanem, w oddziale rzeźby figuralnej, którą
ukończył z wynikiem
celującym w 1914 r. W 1915 r. został powołany
do
armii austro-węgierskiej i brał udział w wojnie, a po 1918 r. służył w odrodzonym Wojsku
Polskim.
Zdemobilizowany został w 1921 r. i powrócił do pracy w
zakładzie ojca. Miał również
w swoim życiu egzotyczny epizod pracując przez kilka miesięcy, jako
rzeźbiarz,
w fabryce mebli w Hawanie na Kubie. Po powrocie do Sanoka kontynuował
swoją
pracę rzeźbiarską. Niestety, z tego okresu zachowało się niewiele jego
prac.
Szczęśliwie przetrwała zawieruchę wojenną wspomniana już rzeźba sokoła.
Zlecenie na jej wykonanie Stanisław Jan Piątkiewicz otrzymał w lecie
1939 r. od
Jerzego Pietrzkiewicza - prezesa
sanockiego
Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”.
Rzeźba ta miała być umieszczona na szczycie
budynku Towarzystwa przy ul. Mickiewicza i zastąpić tą pierwszą,
która była już
zniszczona. Stanisław Piątkiewicz zlecenie wykonał i 30 sierpnia 1939
r. oddał
gotową pracę, jednak transakcja nie została sfinalizowana do końca
– do wyrównania
rachunku pozostała kwota 50 zł. Również nowa rzeźba sokoła
nie została
umieszczona na zaplanowanym miejscu. 31 sierpnia zmobilizowany
rzeźbiarz wyjechał
do jednostki wraz z którą, po wybuchu wojny, znalazł się na
prawym brzegu Sanu.
Po 17 września dostał się do sowieckiej niewoli, a później
został przekazany
Niemcom i znalazł się w obozie na terenie Niemiec. Z niewoli
powrócił w 1941 r.
i aż do zakończenia wojny przebywał w Sanoku. Już w październiku 1944
r.
zaangażował się w działalność Cechu Rzemiosł Różnych i przez
długie lata
pracował tam jako kierownik biura Cechu. W związku z tym, że
Towarzystwo
Gimnastyczne „Sokół” zostało na
krótko reaktywowane, 10 marca 1946 r. Stanisław
Piątkiewicz zwrócił się do jego władz z prośbą o
uregulowanie płatności za
wykonaną rzeźbę, która szczęśliwie przetrwała okupację.
Prośba rzeźbiarza
została rozpatrzona pozytywnie i należność w wysokości 1000 zł
uregulowano.
Nieznane są losy rzeźby podczas II wojny. Prawdopodobnie władze
niemieckie nie
zniszczyły jej, być może ze względu na podobieństwo z niemiecką
„gapą”. Faktem
jest, ze znalazła się ona na dziedzińcu zamkowym i tam przetrwała wojnę
i
pierwsze lata powojenne. Niestety, nie zachowały się dokumenty
wyjaśniające
szczegółowo jej wojenne losy. Być może, po zakończeniu
wojny, były plany
ustawienia jej na pierwotnym miejscu przeznaczenia, tzn. na dachu
budynku
„Sokoła”. Plany te nie powiodły się - Towarzystwo
zostało przez komunistyczne
władze zdelegalizowane. Na
szczęście rzeźba sokoła nie
została przez władzę „ludową” zniszczona i stanęła
na godnym miejscu - mogile
rozstrzelanych Polaków. Jej autor
Stanisław Jan
Piątkiewicz zmarł na zapalenie płuc 29 stycznia 1970 r. i spoczął na
sanockim
cmentarzu przy ul. Matejki.
Andrzej Romaniak
Źródła:
Archiwum Muzeum Historycznego w
Sanoku: Akta Towarzystwa
Gimnastycznego Sokół w Sanoku 1945-1946, teczka 187; Dokumenty dot. Stanisława i
Stanisława Jana Piątkiewiczów, teczka 968; S. Stefański,
Cmentarze sanockie,
Sanok 1991, s. 27; Cz. Cyran, A. Rachwał, Eksterminacja ludności na
Sanocczyźnie
w latach 1939-1944, Rocznik Sanocki, Sanok 1979, t. IV, s. 43-46

Cmentarz
przy ul. Rymanowskiej – rzeźba sokoła na mogile
rozstrzelanych, Fot.:
Dariusz Szuwalski
Rodzina
Bratrów
Na sanockim
cmentarzu, obok zabytkowych
nagrobków, znajdują się również zwykłe
mogiły, obok
których często przechodzimy obojętnie,
bo nie wyróżniają się one niczym szczególnym, a
niekiedy,
zapomniane, popadają
w ruinę. Tymczasem niejednokrotnie świadczą one o naszej trudnej,
tragicznej
ale często również chlubnej historii. Niektóre z
takich
mogił kryją szczątki
bohaterów. Z pewnością taką mogiła jest grobowiec przy ul.
Matejki w którym
spoczywa rodzina Bratrów, a wśród niej kawaler
orderu
„Virtuti Militari” ppor.
Adam Antoni Bratro.
Ta
sanocka rodzina zasłużyła się szczególnie w przełomowych
dniach, w których
ważyła się sprawa odzyskania przez Polskę niepodległości.
Wkrótce
po wybuchu I wojny w Sanoku utworzony został Powiatowy Komitet
Narodowy, który
miał koordynować pracę wokół organizowania polskich
oddziałów zbrojnych w
naszym mieście. Jednym z jego członków został senior rodziny
Bratrów inż. Adam
Bratro. W prace Komitetu włączyła się też jego żona Emilia. Inż. Adam
Bratro
został wkrótce delegatem Departamentu Wojskowego Naczelnego
Komitetu Narodowego
na powiat sanocki. Zajmował się werbunkiem ochotników do
Legionów Polskich. W
ich szeregi zaciągnęło się też jego dwóch synów:
Jan i Tadeusz – absolwenci
sanockiego gimnazjum. Ten ostatni poległ pod Kuklami 13 VII 1916 r.
Również
trzeci syn – Adam Antoni, podobnie jak dwaj bracia, wyruszył
na wojnę „bić się
o Polskę” i już z niej nie powrócił. Tym razem
była to wojna o zachowanie
dopiero co odzyskanej niepodległości – wojna z bolszewicka
Rosją.
Adam Antoni Bratro, syn Adama i
Emilii z Heidlerów,
urodził się w Sanoku. Tutaj uczęszczał do szkoły ludowej, a następnie
wstąpił
do sanockiego gimnazjum, jednak nie ukończył go, gdyż w 1916 r.
przeniósł się
do austriackiej realnej szkoły wojskowej do Łobzewa k. Krakowa (obecnie
dzielnica Krakowa). Był zdolnym i pojętnym uczniem, tam zaangażował się
w ruch
skautowy i strzelecki. W listopadzie 1918 r. wraz z innymi
„strzelcami” brał
udział w rozbrajaniu austriackich żołnierzy na krakowskich ulicach.
Później
czynnie uczestniczył w tworzeniu odradzającego się Wojska Polskiego.
Mając już
podstawowe przygotowanie wojskowe, został przyjęty do Szkoły
Podchorążych w
Warszawie, którą ukończył w początkach 1919 r. i jako
podchorąży otrzymał
skierowanie do obozu szkół podoficerskich w Dęblinie.
Awansowany na stopień
podporucznika pozostaje w tej szkole jako instruktor, młodszy oficer w
kompanii
i adiutant baonu. W tym okresie młode Państwo Polskie zmaga się na
prawie
wszystkich swoich granicach o utrzymanie dopiero co wywalczonych
zrębów
suwerenności. Szczególnie dramatyczna była sytuacja na
naszej wschodniej
granicy, gdzie bolszewicka armia rozpaliła „czerwoną
pożogę”.
Ppor. Bratro mimo kilkakrotnych
próśb o wysłanie na
front, zostaje zatrzymany w szkole i szkoli coraz liczniejsze zastępy
ochotników. Dopiero z początkiem czerwca 1920 r., gdy
sytuacja na froncie
przybiera bardzo niekorzystny dla Polaków obrót,
ppor. Bratro wyrusza w pole
jako dowódca kompanii w nowosformowanym w Ostrowi
Mazowieckiej 101 Rezerwowym
Pułku Piechoty.
Pułk obsadził stanowiska bojowe na
zachodnim brzegu
Słuczy w rejonie Rohaczewa. Jednak napór I Armii Konnej
Siemiona Budionnego był
ogromny. Atmosferę tamtych dni dobrze oddają słowa Józefa
Piłsudskiego: Ten nieustanny robaczkowy ruch
większej
ilości nieprzyjaciela, przerywany od czasu do czasu jak gdyby skokami,
ruch
trwający tygodnie, sprawia wrażenie czegoś nieodpartego, nasuwającego
się, jak
jakaś ciężka potworna chmura, dla której przegrody się nie
znajdzie. Jest w tym
coś beznadziejnego, łamiącego wewnętrzne wartości człowieka i tłumu
[...] Pod
wrażeniem tej nasuwającej się chmury gradowej łamało się państwo,
chwiały się
charaktery, miękły serca żołnierzy. ]
W ogniu walk odwrotowych znalazł
się również baon
ppor. Bratro.
Pod
Pułtuskiem został on okrążony i gdy sytuacja wydawała się beznadziejna
ppor.
Bratro poprowadził swoją kompanię do kontrataku – skutecznie
– pierścień
okrążenia udało się przerwać lecz w trakcie walki ppor. Bratro został
śmiertelnie ranny w brzuch i wkrótce zmarł w szpitalu polowy.
Wszystko to działo się 11 sierpnia
1920 r. Za ten
czyn, na wniosek dowódcy 3 Syberyjskiego Pułku Piechoty
(dawniej 101 Pułku
Piechoty) ppłka Włodzimierza Hellmana, ppor. Adam Bratro został 3 II
1922 r.
pośmiertnie odznaczony Krzyżem „Virtuti Militari”
V. kl. (nr 3922).
Adam Bratro spoczął początkowo na
cmentarzu w
Pułtusku, a po trzech latach jego prochy zostały sprowadzone do Sanoka
–
rodzinnego miasta.
Andrzej Romaniak
(od
lewej)
Tadeusz Bratro,
ppor. Adam Antoni Bratro
Grobowiec rodziny Bratrów na cmentarzu
przy ul.Matejki w Sanoku.
Źródła:
Centralne Archiwum Wojskowe, VM 74-6880
J. Piłsudski, Rok
1920, Warszawa 1937, s. 97
A. Zielecki, Społeczeństwo
Sanoka u progu XX wieku [w:]
Sanok-dzieje miasta, red. F. Kiryk, Kraków 1995,
s. 491-493, 495-496
Idem, Polski
ruch niepodległościowy w Sanoku i regionie na tle wydarzeń krajowych
przełomu
XIX i XX w [w:] Rocznik Sanocki,
t. IX, Sanok 2006, s. 222-223
Mateusz BEKSIŃSKI
1814 - 1886
Pierwszym nagrobkiem jaki zostanie
poddany konserwacji będzie jak już informowaliśmy nagrobek Mateusza
Beksińskiego usytuowany na Cmentarzu Centralnym w Sanoku (Matejki).
Chcemy
przybliżyć Państwu
pokrótce sylwetkę Mateusza, człowieka obdarzonego niezwykłą
energią życiową,
którą potrafił wykorzystać z pożytkiem dla siebie i swojej
rodziny, ale także
dla społeczności w której przyszło mu żyć.
Urodził
się on w 1814 r. w
Koprzywnicy (sandomierskie) w rodzinie chłopskiej. Gdy wybuchło
powstanie
listopadowe Mateusz Beksiński wziął w nim udział. Wraz z Walentym
Lipińskim,
swoim przyjacielem, trafił do dywizji generała Dwernickiego. Po
rozproszeniu
jednostki przez wojska rosyjskie obaj powstańcy uciekając przed
represjami przeszli
granicę i znaleźli się w Galicji (pod zaborem austriackim). Beksiński i
Lipiński dotarli do lasów sanockich. W okolicy Bykowiec
przechowywał ich stary
leśny, a gdy losy powstania zostały przesądzone udali się oni do Lwowa
i
wstąpili do terminu w zawodzie kotlarskim. Potem pracowali jako
czeladnicy w
różnych warsztatach.
Po
raz pierwszy ich nazwiska
spotykamy w aktach gminy miasta Sanoka w 1845 r. jako
przedsiębiorców
zajmujących się czyszczeniem rowów melioracyjnych.
Nieco
wcześniej zakupili oni
kilka hektarów gruntu wraz z zabudowaniami u zbiegu
dzisiejszych ulic Podgórze
i Jagiellońskiej. W tym miejscu założyli później warsztat
kotlarski.
Zapotrzebowanie
na wytwarzane w
nim akcesoria było spore. Nadchodziły zamówienia na
różnego rodzaju kotły od
zakładów związanych z przemysłem wydobywczym ropy naftowej,
licznych gorzelni,
browarów. Warsztat szybko się rozwijał, zatrudniano coraz
więcej pracowników,
można śmiało powiedzieć, że w mieście dzięki temu nastąpił rozkwit
gospodarczy.
Mateusz Beksiński prowadził też duże gospodarstwo rolne. Spis zwierząt
z 1879
r. wymienia to gospodarstwo położone przy ul. Lwowskiej 225b (obecna
Jagiellońska). Posiadało ono 5 koni w tym 4 klacze i 1 wałacha oraz 6 krów.
Mateusz
około 1848 r. ożenił się
z jedną z sióstr Machalskich – Karoliną. Starszą
Honoratę pojął za żonę Walenty
Lipiński.
Mateuszowi
i Karolinie Beksińskim
urodził się w 1850 roku syn Władysław, który w przyszłości
został architektemi projektantem cmentarza przy ul. Rymanowskiej.
Życiorys
Mateusza Beksińskiego
świadczy o tym, że był to człowiek niezwykle wartościowy, patriota, nie
poddający się przeciwnościom. Dzięki podejmowanym przez niego
działaniom Sanok
dołączył do tych miast, w których zaczął rozwijać się
przemysł ze wszystkimi
tego pozytywnymi konsekwencjami.
Mateusz
zmarł w 1886 r. mając 72
lata.
Jego
nagrobek to neogotycki
postument z krzyżem wykonany w pracowni Schimserów we Lwowie
w 1887 r.
Ewa Filip
Źródło:
Edward Zając „Sanockie
Biografie” Oficyna Wydawnicza
MBP im. Grzegorza z Sanoka w Sanoku 2009
|